Poród domowy. Historia prawdziwa.

Poród naturalny … z czym Ci się kojarzy ? Z naturą – tak. A mnie jeszcze z naturalnym środowiskiem. Dla dziecka jego naturalnym środowiskiem jest DOM. Tak, mój drugi poród odbył się w domu.

Już widzę to spojrzenie pełne zdziwienia i pytania niewypowiedziane czasem… ale jak to? Nie bałaś się? Przecież coś mogło się stać dziecku, Tobie! Przecież w szpitalu mają sprzęt, czasem o uratowaniu dziecka decydują sekundy, to nie odpowiedzialne, szalone wręcz…

Tak BAŁAM SIĘ, bardzo się bałam… szpitala. Z jego bezdusznymi wykonawcami – odbiorcami porodów, z jego papierologią, oksytocyną, standardowym nacięciem krocza. Z pobłażliwym spojrzeniem położnej, kiedy nie radzę sobie z bólem. A potem leżenie w nie swoim łóżku, wspólna toaleta, naświetlanie malucha, brak wiedzy co mu robią, gdy go przy mnie nie ma.

Mój pierwszy poród był traumą, a może nadal jest…chociaż to, co wydarzyło się teraz trochę zatarło tamte wspomnienia. Jak tylko wyszłam ze szpitala wiedziałam już, że nie tak chcę urodzić swoje drugie dziecko, jeżeli kiedykolwiek się pojawi (po tym co przeszłam ta myśl wzbudzała we mnie dreszcze). I tak mijały lata…aż znów na teście pojawiły się dwie kreski…

To nie była łatwa decyzja. Miesiące czytania, wahanie, opowieści kobiet rodzących w domu, spotkania…aż w końcu serce i rozum powiedziały TAK – rodzę w domu. I wtedy na mojej drodze pojawiły odpowiednie osoby. Najpierw Asia i jej szkoła rodzenia w duchu natury (w pierwszej ciąży nie miałam potrzeby chodzić do szkoły rodzenia), teraz czułam, że chcę. Potem Jola – położna, z którą zdecydowałam się rodzić. Już od pierwszej rozmowy telefonicznej wiedziałam, że jestem w dobrych rękach. Spotkanie tylko to potwierdziło. Ba… mój Osobisty Mąż też nie miał najmniejszych wątpliwości i zastrzeżeń (a zawsze jakieś ma) ; ) . I tak zaczął się proces przygotowania do porodu w domu. A ja zyskałam spokój i pewność, że to dla mnie jedyna droga, słuszna decyzja, choć otoczenie patrzyło ze zgrozą ; ) .

Czekałam na Nią (miała być córką) z niecierpliwością i podnieceniem. Tak samo czekałam na poród. Tym razem nie bałam się (aż tak;)) Termin minął, a ja już tak bardzo chciałam mieć Ją przy sobie.

W przeddzień porodu rodzinnie –  Osobisty Mąż i starsza córka – załapali wirusa, jelitówkę. Gorączka i wszystkie inne jej przypadłości… A ja pomyślałam… Melciu nie dziś, jutro…

Noc minęła spokojnie, obudziłam się o 8, pytając Osobistego Męża jak się dziś czuje…

– Dobrze – powiedział

– To super, będziemy dziś rodzić – ja Mu na to…

– Ale kiedy? przerażenie w oczach ujrzałam …

– Za chwilę …

O 8.30 dostałam pierwszy skurcz. Potem kolejny – już co 3 minuty … i tak do 12.00. W tym czasie wyprawiliśmy starszą córkę do teściów. Zadzwoniłam do położnej o 10.00, że się zaczęło, ale spokojnie…no przecież poród to proces i trwa… ; )  A ja śpiewając (nie krzyczałam, a śpiewałam), ze szpitala pamiętam swoje dzikie krzyki i głos położnej – Jak się będzie pani tak darła, to jutro chrypki dostanie – klęczałam w swoim łóżku, wzięłam kąpiel w swojej wannie, byłam ze swoim Osobistym Mężem (no tak, to raczej zrozumiałe ; ) . Ok 11.15 przyszedł kryzys, czułam, że coś się zmienia, że chcę żeby Jola była już z nami. Ona była w drodze, poprosiłam, żeby Osobisty Mąż zadzwonił, gdzie jest. Później już – Jola powiedziała, że po tym telefonie, gdy usłyszała mnie w tle, wiedziała, że musi przyśpieszyć. Przyjechała parę minut po 12, w idealnym czasie. Po badaniu stwierdziła, że rodzimy. Wody odeszły w czasie badania, rozwarcie pełne.

Ale jak to? pomyślałam, nie bardzo trzeźwym umysłem… JUŻ ???? tak szybko…. Stasiu grzej ręcznik, mała za chwile będzie z nami. Potem było już prawie z górki. Chociaż nie zabrakło zabawnych momentów…

– Pięknie rodzisz … widzę już główkę – mówi Ona

– A włosy ma? – pytam

I tak o 12.50 na świat przyszła nasz druga córka. W naszej łazience. W bezpiecznym, znajomym otoczeniu. Bez dodatkowego szpitalnego stresu. Było pięknie. Było magicznie. Było idealnie. Czułam ze mam dobrą opiekę, czułam, ze Jola jest ze mną, ale tak jak ja tego chcę. Nic mi nie narzuca, słucha mnie i mojego ciała, czuwa nade mną. Ale też kieruje mną kiedy trzeba, kiedy tracę siły i cierpliwość.

A potem, potem było tak, że nie sposób tego wyrazić słowami. W czułych objęciach Osobistego Męża z nagim, małym, słodkim ciałkiem, odpoczywamy w naszym łóżku. Jola dyskretnie się nam przygląda. Dopełnia formalności. A my cieszymy się i poznajemy naszą Nową córkę. Jest tak NORMALNIE, tak jak być powinno. Natasza spogląda na swoją siostrę niespełna 6 godzin po jej przyjściu na świat.

Teraz dopiero wiem jaka jest siła natury. Jak to jest czuć, że urodziłaś swoje dziecko – SAMA – bez wspomagaczy, przyśpieszaczy, bez nacięcia.  Jak to jest, że wmówiono nam, że nie da się inaczej niż w szpitalu. Jak odebrano nam wiarę w NASZĄ MOC.  Teraz dopiero wiem, że nie ma już dla mnie rzeczy niemożliwych. Ten poród dał mi ogromną moc, wiarę w siebie i dumę.

Teraz, 2 miesiące po …. kiedy oglądam programy o porodach z łezką w oku myślę, jaka szkoda, że mnie to już nie spotka, że to wszystko już za mną.  Że już nigdy nie doznam tego uczucia, gdy trzymasz na piersi swoje nowo narodzone dziecko … płakać się mi chce …

A w sumie… dlaczego niby NIE ? ; )

 

poród-domowy-blog-chwile-na-miare-stanislaw-karolewski

Share Button
  • Odwiedzin29008

1 Komentarz

  1. Pięknie napisane, z ust moich wręcz wyjęte:) I tak, czemu by nie – ja już mam dwa domowe za sobą, po pierwszym niefajnym szpitalnym, i czasem, czasem… tęsknię za kolejnym – właśnie za tymi trudnymi do opisania, magicznymi chwilami porodu… 🙂 Bo później już bywa różnie, z trójką energicznych małych indywidualistów w dom 😉 A co dopiero z czwórką 😛

Opublikuj komentarz