Pokonaliśmy raka.

fot. archiwum - z obcym w brzuchu :)

Co jakiś czas czytam o tym, że nie istnieję. Że jestem „sprytnym wymysłem copywritera„, „bzdurą pjarowców” (swoją drogą gdyby tych hejterów nazwać jakoś z polska może i oni zaczęliby używać polskich wyrazów). Kiedy nie da się zaprzeczyć mojemu istnieniu – bo stoję z rozmówcą twarzą w twarz, albo wychowywaliśmy się na tym samym podwórku, można powiedzieć, że wszystko zmyśliłem, bo jak powszechnie wiadomo: raka nie da się pokonać.

Chyba, że w szpitalu po dawce śmiercionośnego promieniowania/chemii. Zmyśliłem wszystko naturalnie dla kasy … i dlatego prócz tradycyjnej wersji – papierowej, umieściłem w Internecie darmowego pdf-a, z tekstem mojej książki: Głodny anioł.Jak wyleczyłem się z raka. (II wyd. przez wydawnictwo zewnętrzne ukazało się pod zmienionym tytułem: Pokonałem raka. 9 sposobów dzięki którym wyzdrowiałem).

I czasem, przyznam się bez bicia, kiedy stoję przed takim ziejącym pianą z pyska, obrońcą koncernów farmaceutycznych i tego całego gówna, przychodzi zniechęcenie. Przychodzi myśl, że nie warto, że Ci którzy szukają prawdy i tak do niej dotrą, a ci którzy jej nie potrzebują i tak z niej nie skorzystają.

A potem

a potem, co jakiś czas przychodzi mail taki jak ten poniżej. I wiem, że jednak warto. I jeżeli choć odrobinę pomogłem, choć jednej osobie, to warto.

Warto.

 

 

Witam,
pisałam do Pana gdy zaczynałam walkę z choroba na własną rękę.
To niesamowite! (…) … nic z punktu onkologicznego mi nie zagraża. Zachowałam Macicę i oczekuję narodzin dziecka… na 99% będzie Syn. Mój narzeczony chwali się wszędzie „siusiakiem” z USG:D Wygrałam życie:) Pana Historia która w formie książki wpadła w moje ręce przeważyła za decyzją o naturalnej terapii więc przyczynił się Pan do mojego szczęścia:) Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszych sukcesów dla Pana i Pana rodziny:)
PS. Pod spodem wklejam historię mojej choroby którą wrzuciłam na facebooka za namową kilku znajomych, choć bałam się, że inni potępią moją drogę leczenia, odzew był bardzo pozytywny:)

Dla zainteresowanych napiszę teraz jak to było z moją chorobą.

Z góry mówię, że nie będzie to pieśń pochwalna dla wspaniałych lekarzy, cudów medycyny itd. a raczej historia upartej kozy która zrobiła coś po swojemu mimo, że wiele osób uważało to za totalny idiotyzm.

Ja jednak uważam, że czasem warto zaryzykować, posłuchać serca aby dogonić własne marzenia które właśnie w tym momencie się spełniają i cokolwiek się stanie i tak jestem wygrana.

Zaczęło się od tego, że p. Ginekolog znalazł na moim prawym jajniku sporego guza który w czasie od września do marca urósł prawie do 8cm. W maju od razu po wizycie u innego ginekologa pojechałam na operację do szpitala w Wodzisławiu. Myślałam, że zaliczę operację i będzie po sprawie. Guz był na tyle duży, że nie dało się go usunąć Laparoskopowo więc musieli całkowicie otworzyć mój brzuch aby wyciągnąć to świństwo.

Po operacji się w miarę szybko pozbierałam, ale nie spodziewałam się, że po odebraniu wyniku z histopatologii usłyszę, że podejrzewają u mnie ZŁOŚLIWEGO RAKA. Powtórzyli badania i niby faktycznie mój Potworniak(tak niby nazywał się ten guz który wycieli) który zwykle jest łagodny ma cechy złośliwe. I wtedy bardzo szybko potoczyła się reszta wydarzeń.
Przeszłam serię badań gdzie na Tomografi Komputerowej wyszło że z prawej strony coś jest. Uznali, że to jakiś przerzut czy coś i podali mi 2 cykle bardzo silnej chemii. Młodym ludziom zawsze dają bardzo silną chemię ponieważ organizm to zniesie, a ja jak to określił jeden onkolog byłam „zdrowa jak ryba” z wyjątkiem Raka;p

Wiedziałam, ze chemia jest ciężka jak każdy z was ale dopiero po kilku dniach w szpitalu dowiedziałam się jak bardzo źle można się czuć.
Pierwszy dzień chemii był znośny jadłam normalnie czułam się okej…potem zaczęły się schody… czułam się fatalnie.

Jeśli komuś się chce czytać to napiszę jak to jest po chemii jeśli ktoś jest niecierpliwy niech idzie do następnego akapitu. Tak więc wypadające włosy to najmniejszy problem choć po pewnym czasie zaczęły mnie bardzo brzydzić gdy biegałam z odkurzaczem bo wszędzie były (już króciutkie bo mój kochany Artur mi je obciął maszynką dla wygody) malutkie kłaczki, a ja mam dużo włosów więc było to na prawdę obleśne.Inne skutki uboczne? Oczywiście popularne nudności. Czasem było mi tak niedobrze, że musiałam brać w domu leki(w szpitalu dostawaliśmy zawsze swoją dawkę przeciwwymiotnych), ale starałam się nie ponieważ w ulotce jednym z ich skutków ubocznych było: „napadowe, przymusowe patrzenie do góry” więc bałam się jaki to ma wpływ na mój umysł. Oprócz tego czasem miałam potworną zgagę na którą nic nie pomagało, ślinotok który jeszcze wzmagał nudności, oraz uczucie jakby kurzu w ustach przez co ciężko było pić bo człowiek czuł obrzydliwe farfocle przy każdym łyku. Okropnie bolał brzuch, czynności fizjologiczne były okupione płaczem ponieważ meczało mnie zapalenie pęcherza a dodatkowo wszystko pękało bo nabłonek był zniszczony przez leki. Miałam koszmary-gdy tylko zamykałam oczy coś wrzeszczało w mojej głowie. Dodatkowo dostawałam po każdej chemii sterydy na odbudowanie odporności po których nie dość że rozstępy dosłownie w oczach leciały mi po brzuchu to tak bardzo bolały mnie kości jakbym zderzyła się z tirem i musiałam wziąć leki przeciwbólowe bo bym zwariowała z bólu-który na początku wydawał mi się przyjacielem gdyż był jedynym skutkiem ubocznym który znałam. Może każda rzecz osobno byłaby do zniesienia ale to wszystko było na raz. Nie potrafiłam jeść jedzenie mi śmierdziało, zwykła zupa jarzynowa miała obrzydliwy smak inny niż zazwyczaj, siedziałam i płakałam nad talerzem jednocześnie zasypiając po dawce leków przeciw alergicznych bo dostałam wysypki po jednym ze składników chemii, a leki przeciwhistaminowe sprawiają, że patologicznie chce się spać, nie da się utrzymać oczu! Miałam okropną kondycje-ja która potrafiła przetańczyć całą noc i w ogóle- nie miałam siły się umyć, zrobić cokolwiek wokół siebie a czasem nawet oddychanie było męczące i to wszystko po co?

Te wszystkie okropne skutki uboczne towarzyszą chemii a jaką skuteczność ma chemia? Jej skuteczność jest jak ruletka, dosyć się nasłuchałam w szpitalu-gdzie oczywiście byłam najmłodsza o tym, że ktoś jest na 3, 5, 11!, 17! Chemii!? I Co?! Po 1 urosło, po 2 pojawił się przerzut, po 3 trochę zmalało, po 4 nic się nie stało? Same takie historie słyszałam. Czy to nikomu nie daje do myślenia? Dają człowiekowi coś co tak naprawdę ma nikłe szanse mu pomóc a sprawia takie cierpienie i tak wyniszcza organizm, że 21letnia kobieta w pełni sił zostaje przykuta do łóżka i potem przez pół roku musi wracać do formy, żeby zrobić 10 minutowe ćwiczenia fitness z internetu bez zadyszki! To jak to działa na tych biednych starszych ludzi nie mówię już o malutkich dzieciach!
Ale wierzyłam, że nie jest źle, że usunęli guza więc to mam tylko jako utrwalenie bo nikt mi nie powiedział czemu dostaję chemię, czy żeby zniszczyć resztę czy żeby zniszczyć to co zostało w miejscu wyciętego jajnika. Nikt mi nic nie powiedział. Ale okazało się, że chodzi o to coś co było po prawej stronie w miejscu wyciętego jajnika i co po tej morderczej chemii zmniejszyło się o 20% i w sumie to było tylko tyle co się obkurczyły naczynia krwionośne wokół tego ponieważ jak się potem okazało…ale to potem…

Pojechałam do Gliwic z wynikami i to co mi powiedzieli sprawiło, że przestałam ufać lekarzom…
Stwierdzili, że zrobią mi operację aby wyciąć TO COŚ ale MUSZĘ SIĘ ZGODZIĆ NA EWENTUALNE WYCIĘCIE CAŁEGO NARZĄDU RODNEGO! W wieku 21 lat?! Płakałam błagałam czy nie da się inaczej. Nie dało się.. Powiedzieli, że mam wybór najpierw chemia potem operacja albo na odwrót. Mówili coś o tym, ze mogę adoptować dziecko, albo, że zamrożą mi komórki i jakąś inna kobieta urodzi moje dziecko…że kobieta spełnia się nie tylko w roli matki. Ale JA?! Całe życie marzyłam o swoich dzieciach. Nie mogłam pozwolić na to… tym bardziej,że czułam że coś nie gra bo to świństwo razem z jajnikiem wycieli a to co jest w środku jest niezbadane. Oni niby powiedzieli, że wytną macicę jeśli uznają to za stosowne ale oni se mogą wyciąć jak się zgodzę zbadać, okaże się że była zdrowa ale macicy mi nikt nie zwróci i w wieku 21 lat będę na zawsze bezpłodna.

W tym czasie pamiętam była głośna sprawa mamy Madzi z Sosnowca i płakałam, że taka zła matka mogła mieć dziecko a ja która kocham dzieci i byłabym świetną matką -nie mogę?! NIE MOGĘ?!
MOGĘ! Przekalkulowałam sobie w głowie i stwierdziłam:
Wolę umrzeć z moja macicą wiedząc, że walczyłam, ze nie poddałam się lekarzom i ich szarlatańskim zabiegom, niż poddać się chemii i wycięciu wszystkiego co nawet nie gwarantuje mi życia! A nawet jeśli to co to za życie skoro żadnym sposobem nie mogłabym już urodzić dziecka czego bardzo pragnęłam. Nie chciałam tak żyć postawiłam wszystko na jedną kartę. Tym bardziej, że wolałam przeżyć wspaniale rok, pełna sił i w ogóle niż tułać się przez 2 lata od chemii na chemię bo to nie jest życie, to tak jakby być wciąż jedną nogą na tamtym świecie.
Zraziłam się do lekarzy dlatego z pomocy żadnego nie korzystałam, po prostu bałam się, że każdy będzie chciał mnie przekonać do tradycyjnych metod walki z rakiem które są NIESKUTECZNE! Ja bardzo zachęcam do szukania w internecie czym jest rak, jak powinno się go leczyć i jaki wpływ ma chemioterapia na organizm. Bo to szokujące i otwiera oczy jak bardzo manipulują nami i jak bardzo liczą się pieniądze a nie człowiek. Dzięki mojemu brakowi wakacji które spędziłam w szpitalu ktoś pojechał na świetne wakacje bo jedna chemia to jakieś 5 tysięcy!
W czasie gdy podejmowałam decyzje w jakiś cudowny sposób docierały do mnie informacje o ludziach którzy wyzdrowieli całkowicie bez chemii, jedną z takich historii pewien mężczyzna STANISŁAW KAROLEWSKI podzielił się w książce „Głodny Anioł”. Mężczyzna ten miał tego samego raka co ja tylko w męskim wydaniu czyli Jądra ale leczenie jest takie samo. Zapraszam do lektury książka jest krótka ale inspirująca i ciekawie napisana. W jednym z maili które z nim wymieniłam, aby potwierdzić, że ktoś taki istnieje napisał mi „Co do dzieci, to również pięć lat temu usłyszałem od lekarza, że przez pięć lat nie mam szansy na dziecko a po pięciu latach(czyli dziś) najwyżej jakieś 25%. Niedawno moja córka skończyła trzy lata.”

To wszystko dało mi siłę do walki, pierwszą bronią jaką wyciągnęłam w stronę RAKA była dieta dr. Budwig oparta na oleju lnianym. Prze pół roku bardzo skrupulatnie wyrzekałam się cukru, białego pieczywa, nabiału oprócz białego sera chudego, oraz mięsa. Nie było łatwo bo olej lniany z białym serem to nie tort czekoladowy ale byłam twarda. Potem jadłam zdrowo ale czasem pozwalałam sobie na odrobinę mięsa, żółty ser itd. W miedzy czasie trafiłam dwa razy do różnych ludzi którzy mi dali lekarstwa wspomagające odporność, były drogie ale brałam przez jakiś czas jedne potem drugie. W maju zrobiłam badania krwi gdzie wyszło, że parametry mojej krwi są idealne a markery w ogóle nie wychodzą. Cieszyłam się, ale wciąż bałam się iść do lekarza, nie ufałam im, dla mnie byli zwykłymi szarlatanami. Oszukali mnie miałam przecież wyzdrowieć, mieli mi pomóc a chcieli zabrać wszystko. Byłam kolejnym haczykiem na ich liście a nie człowiekiem.

Tak więc zdrowe odżywianie weszło mi w krew, schudłam 10kg, włosy już odrastały-okazało się, że kręcone. Kontynuowałam studia i czułam się fantastycznie! Jak, można było myśleć, że w ogóle jestem chora. Ale niestety po takich przeżyciach człowieka dopadają często chwile zwątpienia, ale starałam się trzymać jakoś.

Mówiłam sobie: Okey mogę umrzeć, ale jeśli miałabym umrzeć to się to stanie niezależnie co zrobię, może mnie potrącić auto albo cokolwiek innego… Okey… jeśli umrę to umrę, ale na razie nie umieram! Na razie czuje się świetnie, więc zamiast kłaść się do trumny będę dbać o siebie aby czuć, że robię wszystko co się da by żyć i korzystać z czasu który mam.

Potem nawet przyszły takie chwile, gdy poczułam, że w sumie mogę nawet adoptować dziecko, że jestem w stanie pogodzić się ze wszystkim, że życie i tak jest piękne i że żyje a to się liczy.

W sierpniu 2014 roku minął rok od chemii.

24 października dowiedziałam się , że…. Jestem w ciąży! Przypadkiem zaszłam w ciążę, mając 1 jajnik, będąc po chemii która może powodować bezpłodność oraz utrudniającą zajście w ciążę budowę-tyłozgięcie macicy. To był prawdziwy cud i zbawienie dla mnie i mimo, ze w pierwszej chwili byłam trochę przerażona, to ciąża zmusiła mnie do pójścia do lekarza. Ginekolog najpierw wysłał mnie do Bytomia na Patologię Ciąży do lekarza ginekologa onkologa który z dziwna miną zapytał mnie „kto wychowa dziecko?!” byłam rozbawiona tym pytaniem tak naprawdę i wytłumaczyłam mu swój punkt widzenia, pokazałam wyniki opowiedziałam wszystko i powiedział, że… możliwe, że zrobiłam dobrze…i że skoro po roku ponad nadal żyje to znaczy, że jestem zdrowa, ponieważ rak którego u mnie podejrzewano był tak złośliwy, że gdybym nadal go miała to już bym nie żyła.. i wysłał mnie na konsultacje do Gliwic zapewniając że cokolwiek powiedzą mam wrócić do niego i zdecydujemy co jest dla mnie najkorzystniejsze.

To była najtrudniejsza rzecz. Wrócić do lekarzy którzy mi zlecili wycięcie wszystkiego. Musiałam zmierzyć się z konsekwencjami mojej decyzji. Oczywiście były myśli”a co jeśli są przerzuty,umieram…wtedy zatriumfują” Bałam się, że wyjdę na idiotkę bo podjęłam taką a nie inną decyzję. Stres był ogromny ale wiedziałam, ze cokolwiek się wydarzy, na żadną chemię i tak nigdy więcej nie pójdę.

5 stycznia 2015 roku byłam w Gliwicach, zrobili mi rezonans magnetyczny- najlepsze, najdokładniejsze badanie nie zagrażające dziecku.
29.stycznia pojechałam tam. Dzień wcześniej nie mogłam spać, gdy już zasnęłam, miałam koszmary, że mam pełno przerzutów. Wciąż myślałam, ze w najlepszym wypadku pozwolą mi donosić ciążę i rozwiązać ją poprzez cesarskie cięcie wycinając tylko tą zmianę co została. W poczekalni ze stresu wirowało mi w głowie, gdy wchodziłam do gabinetu myślałam, ze zaraz zemdleje…i usłyszałam

„wyniki badania są dobre, biorąc pod uwagę czas jaki upłynął z naszego punktu widzenia jest Pani zdrowa i nie potrzebuje Pani opieki onkologicznej, zmiana widoczna w badaniu to łagodna zmiana tzw. Wodniak który pojawia się po jakimś stanie zapalnym(miałam w tym miejscu operacje), może Pani rodzić naturalnie, jest nasza zgoda jeśli takie jest Pani życzenie”

Nie wierzyłam… płakałam ze szczęścia… Dopięłam swego! Jestem zdrowa, choć długo potrwa aż się uwolnię od widma śmierci które nade mną wisiało, to jednak jestem zdrowa, mogę sobie spokojnie chodzić do ginekologa, jak zwykła ciężarna i urodzić naturalnie! Nie ma większego szczęścia… To jak zmartwychwstanie albo coś.

Wiadomo choroba może wrócić, ale równie dobrze może mnie coś przejechać i jakbym miała tak myśleć to nie wychodzę z domu;)
Wiele osób się za mnie modliło, ja sama się modliłam i wierzyłam, wierzyłam że dam radę. Bo jak już podjęłam taką decyzję to nie mogę teraz wyjść na głupią! Nie chciałam, żeby ktoś mówił ”zrezygnowała i umarła, może jakby się leczyła…” Chciałam oswoić Raka, Pokazać że to nie wyrok. Chciałam żyć!

I tak do wszystkich chorych na raka… zastanówcie się dwa razy nad tym co mówi lekarz, moim zdaniem, błędnie mnie zdiagnozowali ponieważ na obu wynikach histopatologicznych pisze że to PRAWDOPODOBNIE złośliwy rak…i chcieli mnie chemia wyleczyć z wody zebranej w pozostałym po operacji jajowodzie… [SK – zapewne sugestia lekarza, w kolejnym mailu na ten temat czytam: Właśnie przeszło mi przez myśl,że może faktycznie we mnie wciąż był rak ale dobra dieta itd. zamieniły te złośliwe tkanki w wodę, aczkolwiek z natury nie potrafię sobie przypisywać zasług i wciąż nie wierzę, że to JA pokonałam raka.] W poczekalni w Gliwicach też pewna Pani opowiadała, że wycieli jej guza-NIE złośliwego, nie miała obciążeń genetycznych ale i tak dali jej chemię i wycieli wszystkie narządy.. Po co?! Nie wiem… ale to przykre, bo wielu ludzi umiera przez Chemię.
Ja wybrałam życie i to zostało mi dane i to podwójnie bo mój maluszek już kopie a w poniedziałek być może dowiem się jaka to płeć. To już 19tydzień… a miałam nigdy nie mieć dzieci:)

Życie jest piękne:)

Zapewne ta Pani też nie istnieje, i jej dziecko – teraz kiedy wyleczyła się naturalnymi sposobami, bo kiedy umierałaby na chemię istniałaby z pewnością. Wtedy się istnieje. Cała sztuka życia polega na tym, żeby istnieć także bez tego.
fot. archiwum - z obcym w brzuchu :)

fot. archiwum – z obcym w brzuchu 🙂

Share Button
  • Odwiedzin334156

14 komentarzy

  1. „Przychodzi myśl, że nie warto, że Ci którzy szukają prawdy i tak do niej dotrą a ci którzy jej nie potrzebują i tak z niej nie skorzystają.” – też się nad tym zastanawiam. Ale myślę, że książka czy wpis na blogu są świadectwami, z którymi nie wchodzi się w czyjeś życie nie proszonym. Kto szuka, dotrze do nich. I zawsze jest ta świadomość, że drogowskaz się pozostawiło.

  2. Witam. Gratuluje mądrych decyzji. Życzę wszystkiego najlepszego. Polecam stronkę http://niezaleznatelewizja.pl/. Proszę poczytać także o witaminie C podawanej dożylnie, także na raka , kurkuma oraz korzeń mniszka lekarskiego. Także jestem zwolenniczką leczenia metodami naturalnym, wiele kosmetyków i robię sama. Jeszcze raz życzę wszystkiego najlepszego.

        1. Czegokolwiek nie napisałbym w odpowiedzi i tak – jak zwykle – mógłbym jedynie przekonać przekonanych a oburzyć fanów – zupełnie tego nie potrzebuję. Za to proponuję co innego, jesteś wrażliwą, rozwijającą się osobą, więc zadziała: przy następnych materiałach z tej strony miej tyłu światełko ostrzegawcze. Zadaj sobie pytania: czy ta wiedza jest wiarygodna? czy mi służy? czy nie ma w tym manipulacji? czy zaproszony gość wierzy w to co mówi? czy osoba prowadząca program nie jest kontrolowana? itd. Sprawdź w ten sposób nie tylko Ziębę, ale i innych gości, akcje promowane na stronie. A za kilka miesięcy wrócimy do rozmowy, dobrze?

          1. Tak jak w internecie są osoby trollujące tak w życiu się takie zdarzają. Często są to dość inteligentne osoby, które czasem nawet są już bardzo cenione w środowisku i udają mało rozgarniętych zwolenników czegoś tam w celu kompromitacji tego czegoś.
            To wbrew pozorom bardzo ważny i cenny wkład, gdyby jakaś grupa wyglądała zbyt dobrze, zbyt wiarygodnie ludzie by tam poszli…
            Pytanie komu się to opłaca?

  3. Warto pisać o swoich doświadczeniach, bo to pomaga ludziom. Pozostaje świadectwo, że można inaczej, że są ludzie, którzy biorą życie w swoje ręce i wygrywają z chorobą. Szczerze, to książka mnie wzruszyła, choć czytałam już dziesiątki książek na temat raka i to była jedyna, która trwale zaistaniała w mojej pamięci. Może dlatego, że była bardzo osobista, prawdziwa. Poza tym styl pisania tak bardzo przypadł mi do gustu, że z chęcią przeczytałabym Panie Stanisławie Pana inne książki, niekoniecznie związane z rakiem. Pozdrawiam!

  4. Gratulacje! Także podziwiam Pana determinację i mądre decyzje:) Ja usłyszałam od specjalistów, że moje dziecko ma autyzm i mam się przygotować bo będzie tylko gorzej, tylko terapie jakoś przygotują moje dziecko do życia.. Zaczęłam leczyć córkę naturalnie, zmieniłam żywienie, całkowicie tryb życia naszej rodziny. Po roku pojechaliśmy na rediagnozę…po autyzmie śladu nie ma. Bąkali, że to nie możliwe, bo autyzmu nie da się wyleczyć przecież..i że pewnie źle była postawiona diagnoza…ale to ich sprawa. Ja wiem swoje. Lekarzom nie wierzę do dziś. Pozdrawiam serdecznie 🙂 Wyciskarka wolnoobrotowa cudowny sprzęt – tak jak Pan pisze, każdy powinien to mieć ( ps zamiast opychać się chemią z apteki 🙂

  5. Tak sobie pomyślałem, że fajnie by było, jeśli Pańska książka o metodzie na pokonanie raka byłaby za darmo, może ewentualnie z numerem konta na wypadek, gdyby ktoś uznał, że z wdzięczności pragnie się Panu odwdzięczyć (często są tak udostępniane darmowe programy komputerowe). Może wtedy ludzie nie mieliby wątpliwości w „Pana istnienie”

    1. Kiedy byłem jej wydawcą była również za darmo. Drugie wydanie ukazało się w wydawnictwie zewnętrznym a te musi działać na normalnych zasadach – zwiększył się zasięg, dociera do większej ilości czytelników, także tych nieskomputeryzowanych, ale trzeba za nią zapłacić. Swoją drogą, nie jestem pewien czy ludzie szanują to co otrzymują za darmo z moich doświadczeń wynika, że wręcz odwrotnie…

  6. Ja już też nie wierzę lekarzom a właściwie konowałom. Bo lekarz to ten, który leczy a ci, z którymi ja miałem do czynienia to wypisywacze recept. Miałem dwie „choroby” w życie. Najpierw kręgosłup. Zaczęło się od mrowienia w prawej nodze, potem lekki bezwład a przeszło do najgorszego bólu jaki kiedykolwiek zaznałem. „Lekarz” prof. dr hab. chirurgi i rehabilitacji powiedział mi, że mam 2 tyg. na pozałatwianie spraw i za 2 tyg. mam poddać się operacji. SZOK!!! Miałem wtedy 35 lat a tu przede mną ciężka operacja, rekonwalescencja i długotrwała rehabilitacja. Minimum pół roku wyrwane z życia i to jak wszystko pójdzie dobrze. A może się operacja nie udać i w najgorszym wypadku wózek inwalidzki. No to był szok i czarna rozpacz. Oczywiście zaraz bieganie po innych „specjalistach” ale potwierdzili. Byłem załamany. Ale akurat zbliżał się termin wizyty w poradni rehabilitacyjnej, na którą zapisałem się ponad pół roku wcześniej!!! jak jeszcze dolegliwości były lekkie. Dosłownie doczłapałem się do przychodni ze łzami w oczach taki był silny ból. Odstałem swoje w kolejce, jęcząc z bólu. I jak przyszła moja kolej z totalnym zrezygnowaniem wszedłem do gabinetu Pani rehabilitantki. Wspomną tylko, że od 2 tyg. spałem na podłodze bo tylko leżenie na twardym dawało maluteńką ulgę i to tylko chwilową. Dałem prześwietlenie i rezonans, opowiedziałem historię choroby a Pani rehabilitantka mówi: „a to nic groźnego zaraz się panem zajmę”. Myślałem, że sobie kobieta, a właściwie dziewczyna (młoda, może z 25 lat) jaja ze mnie robi. Od kilku tygodni słyszę, że tylko operacja i to poważna, że to skomplikowany uraz i do tego mówią to „wysoce kształceni” profesorowie a tu mia młoda dziewczyna wywraca świat do góry nogami. Powiedziałem, że bardzo bym chciał, żeby tak było i nawet próbowałem się lekko uśmiechnąć ale ból był tak potężny, że nie dałem rady. Młoda Pani rehabilitantka widząc, że nie żartuję z tym bólem pomogła mi się położyć na kozetce )sam nie byłem w stanie) i odpowiednio mnie ułożyła. Powiedziała, że po kilku minutach ból się zmniejszy. Oczywiście, że jej nie uwierzyłem. Wspomnę może, że ból jaki odczuwałem od ostatnich 2 tyg. powodował, że nie mogłem robić nic: spać, sikać dosłownie nic jedynie stanie w pionie było najmniej bolesną pozycją. Ale nie da się stać 24 h. Wyniosłem się z sypialni do innego pokoju, żeby nie budzić żony. Chociaż pewnie i tak nie spała bo wyłem jak dziki zwierz prawie całymi nocami. Po 2 tyg. praktycznie bez snu czasami udawało mi się zasnąć ale to z totalnego wycieńczenie i trwało to kilka minut. Ale wracając do wizyty w poradni rehabilitacyjnej. Pani rehabilitantka wróciła po kilku minutach i pytam jak się czuję. A ja ze zdziwieniem odpowiadam, że jakby ciut lepiej i że chyba faktycznie ból zmalał. PO 6 DNIACH odrzuciłem laki przeciwbólowe. A żarłem Ketonal, Tolperix i smarowałem się Naproxenem. Nic nie pomagały. Dostałem 10 wizyt a już po 6 ból był tak „mały”, że wróciłem do sypialni, nie wyłem po nocach i powoli zaczynałem wracać do normalności. Dalej historia się jeszcze toczyła przez jakiś czas ale to już pominę, ponieważ chcę tylko pokazać jak NIE WOLNO wierzyć konowałom! Wielcy profesorowie chcieli mnie kroić a „zwykła” Pani mgr mnie wyleczyła. Dal zainteresowanych mogę opisać szczegółowo, ogólnie dodam, że chodzi o metodę Mc Kenzie. A druga moja „choroba” miała miejsce zaledwie 3 lata później. W wieku 38 lat miałem zawał serca. Wszystkie wyniki: morfologia, mocz itd. bardzo dobre a niestety zawał. Spowodowany długotrwałym stresem w pracy. Trafiłem do szpitala, tam szybka angioplastyka, stend i po 6 dniach do domu. Następnie rehabilitacja pozawałowa. I teraz tak: pytam lekarzy skoro wszystkie wyniki przed zawałem nie tylko w normie ale bardzo dobre i po zawale także to po co mi garść tabletek. No rozumiem Zyltt na rozrzedzenie krwi, żeby sercu się łatwo pracowało ale po co mi statyny skoro mam cholesterol w normie. To lekarz na rehabilitacji jak na mnie nie wrzasnął. Ale ja mu dalej spokojnie tłumaczę, że mój cholesterol jest poniżej normy nawet tej dla zawałowców. No to mi łaskawie zmniejszył dawkę i powiedział, że muszę je brać bo nie tylko zmniejszają cholesterol ale też regenerują serce. A, że ja jeszcze kompletnie zielony byłem to łyknąłem ten kit. I tak przez półtora roku żarłem zyllt, concor, tritace, polocard, atoris. Po tym czasie odstawiłem zyllt i atoris. I jeszcze przez kilka m-cy brałem polocard, concor, tritace. Miałem dwie próby rezygnacji z tych „leków” ale wiadomo przez tyle czasu trułem organizm i jak mu nagle odstawiłem to się dziwnie zachowywał bo nie wiedział co się dzieje i jak reagować. Concor i tritace „leki” na obniżenie ciśnienia zastąpiłem naturalnymi metodami a polocard to wit. C, który też zastąpiłem formą naturalną i od 3 m-cy NIC NIE BIORĘ. Żadnej sztucznej trucizny a jak się czuje. O niebo lepiej niż przez 2,5 roku na tabletkach. Ciśnienie się unormowało. Praca serca miarowa, równa i spokojna – nie to co na tabletkach. Stany lękowe (szczególnie nocne) całkowicie zniknęły. Można powiedzieć, że wróciłem do normalnego życia sprzed zawału z tą różnicą, że już ni8e pracuję w kołchozie z debilami, którzy doprowadzili mnie do zawału serca. Tak więc chcę Państwu powiedzieć, że nie wolno wierzyć „lekarzom” – wypisywaczom recept. Metody naturalne są bardzo skuteczne i bez skutków ubocznych tylko działają po dłuższym czasie niż tabletki. Za to są całkowicie zdrowe i bezpieczne no i tanie. Pozdrawiam autora strony i wszystkich myślących ludzi. Nie dajmy się koncernom farmaceutycznym!

Opublikuj komentarz