Linijka po dziadku architekcie

Lubię, raz na dwa lata, zajrzeć do wielkich galerii handlowych. Oglądać sklepy pełne wszystkiego. Kilometry wypełnione towarem, dostępnym na wyciągniecie ręki. Lubię czasem zajrzeć do sklepów z chińszczyzną. Dreptać pomiędzy stertami dobra. Kto pamięta swoje pierwsze trzydziesto-kolorowe flamastry? Ja pamiętam, dostałem je do spółki z bratem – przyjechały z Paryża. Używałem ich wyłącznie na specjalne okazje, aż całkiem wyschły i wtedy z żalem wywaliłem wkłady, a to co pozostało czyli zakrętki i kolorowe rurki jeszcze długo pełniły ważne funkcje w budowlach hydro-inżynieryjnych 😉  A dziś pełne półki i na każdej – góra flamastrów, już nie trzydzieści, a sto kolorów – jejku! Ja, mimo że historyk sztuki – nie umiem nawet wymienić tylu kolorów.  A wszystko to w eleganckim etui,  całość za złotych osiem – tyle co kilogram chleba.

 

Przychodzi do mnie młoda kobieta i kładzie na biurku linijkę. Zwykłą linijkę z czasów PRL-u – drewniany trzon z podziałką z tworzywa. Zawraca głowę – ani to antyk, ani nawet rękodzieło. Masowa produkcja. Przed oczami mam to chińskie centrum czy inny Empik. Zdaje się, że zestaw: linijka, dwie ekierki i kątomierz też tam był. Piękne, nowe, błyszczące. To ile ja mam jej zapłacić, żeby tę linijkę odsprzedać, a żeby zwrócił się jej choć czas i koszty dojazdu? Nie handluję linijkami

– To po moim dziadku, architekcie. – mówi.

I tym mnie kupuje. Już wiem czemu przyjechała – nie chce, nie potrzebuje tej linijki, ale przecież też jej nie wywali – to było podstawowego narzędzia pracy jej dziadka-architekta, taki fortepian Chopina, skalpel Religi, szafa Kiszczaka – no może to akurat nie najlepszy przykład.

Już mnie ma. Linijka przestała być PRLowską masówką. To linijka, która projektowała domy – żeby ludzie mieli gdzie mieszkać – chronić się przed zimnem i chronić swoją miłość przed zazdrośnikami. Kto wie, może ta linijka zaprojektowała nawet któreś z mieszkań, w których kiedyś mieszkałem – koła lubią się domykać.

Patrzę na nią już dokładniej: prosta, elegancka, funkcjonalna, drewniana. Nawet tworzywo z podziałką zdaje się być twarde i solidne. Wieńczy ją półokrągły uchwyt, można ją wygodnie złapać, przytrzymać – linijka nie przesunie się podczas pracy. Nie to co śliskie, plastikowe linijki bez uchwytu. Linia którą poprowadzi będzie pewna. Można śmiało iść przez życie stawiając takie linie. Na Sądzie Bożym odpowiedzieć tylko: budowałem domy.

Kupuję tę linijkę. Wkładam do torby i wracam z nią do domu. Myślę o tych wszystkich plastikowych linijkach, które miałem, a z którymi nie wiem, co się stało. I o tym, że moje córki raczej nie będą pamiętały swoich flamastrów, nawet tych specjalnych, grubych, pachnących, fluorescencyjnych. Myślę o tym, że nikt nie będzie chciał ocalić nic z tego co mógłbym kupić w chińskim centrum. Ja sam, za parę lat wyniósłbym to do kontenera.

Mam też na półce szpilki – uszyte ponad siedemdziesiąt lat temu w Warszawie. Zastanawiam się czy którykolwiek but wyniesiony dziś z rozświetlonej galerii przetrwa dziesięciolecie? Dwie dekady? A jeżeli przetrwa, czy ktoś przyniesie go za pięćdziesiąt lat do antykwariatu i opowie antykwariuszowi historię tych butów? Raczej nie. Może przetrwają plastikowe miski, garnki ze stali nierdzewnej? Gdzieś tam na  śmietnisku pod zwałem im podobnych zapewne… Rozglądam się wokół. Widzę pełno przedmiotów wysokiej jakości, trwałych, pięknych… tylko, że żaden z nich nie pochodzi z dzisiejszej epoki. I trochę się nawet cieszę, po co zawracać głowę potomnym…

Share Button
  • Odwiedzin22216

Opublikuj komentarz